sobota, 20 września 2014

śmierć pustakom! Czyli pożegnanie lata.

Ostatnie tygodnie nie są jakoś wybitnie łaskawe. Długa walka o zdrowie nowego kociaka, ostatnia sesja na uczelni, zawirowania w pracy, moje własne problem zdrowotne i smutne przemyślenia - wszystko do kupy sprawiało, że ciężko było mi zebrać się do pisania. Ale ponieważ wpadłam ostatnio w szał wielkich porządków, postanowiłam rozprawić się z pustakami.
Dziś będzie krótko. Mówiąc wprost - nie mam wiele do powiedzenia o zużytych produktach. Były na ogół w porządku, ale żeby do nich wracać? Nie bardzo. Żeby za nimi płakać? Tym bardziej nie. Popatrzcie same:

Nie było tutaj raczej produktów złych.
W skrócie:
biedronkowe żele - z rzekomymi ekstraktami z owoców, które były w mikro ilości na końcach składów, ale czego można oczekiwać od żelu za 3zł? Plus taki, że poza miłymi zapachami - nie wysuszały skóry i nie podrażniały.
Żel do mycia Le Petit Marseillais to moje ogromne rozczarowanie. Moje doświadczenia z produktami tej marki, na które trafiłam jakoś dwa- trzy lata temu, były niezwykle pozytywne, więc ucieszyłam się na wieść, że wchodzą do Polski. Tymczasem wrzucili garść słabych żeli, dwa mleczka (wybór po zbóju), a blogerkom dorzucili trochę saszetek i kazali się tym cieszyć. Słowo daję, poczułam się zniesmaczona akcją promocyjną najsłabszych punktów marki. Blogowe zachwyty pokazują jednak, że widocznie można robić PR na śmieciach. Szkoda, wielka szkoda, że rzucili Polkom takie ochłapy.
Bąbelkownia Tutti Frutti - ot, zwyklaczek.
Peeling malinowy Planeta Organica początkowo zachwycił mnie zapachem, później nieco go zmienił, ale pięknie złuszczał, więc nie marudziłam. Porządny solny (!) scrub do ciała.
Żel kojący Decubal po prostu był się przeterminował.
Toniki: Sanctuary - całkiem przyjemny, o dziwo moja skóra dobrze go przyjmowała, jest cień szansy, że jeszcze kiedyś się na niego skuszę. Stara Mydlarnia, tonik oczarowy - nie podbił mojego serca, ale zużyłam go ze spokojem ducha, bo krzywdy nie robił. YR z zielonej serii sebo to butla pełna alkoholu z jakimiś zapachowymi dodatkami. Dramat. Woda winogronowa Caudalie się zużyła, ale nie pokochałam jej. Wolę zwykłe wody termalne.
Olejownia: Ikarov, olej winogronowy - do twarzy się nie sprawdził, jako dodatek do włosów jak najbardziej. Odlewka arganowego - czasami dodawałam go do kremu do twarzy, ale częściej do balsamu do ciała. Nie zachwyciłam się. Gotowe olejki do ciała: Monu, Nuxe z drobinkami, Lierac - ot, wykorzystałam. Żadnego nie kupię.
Mazidła: Sanctuary - masło kokon - przepiękny zapach, świetne działanie, kosmiczna wydajność. Gdyby nie ogrom maseł na świecie - wróciłabym ochoczo. YR, ujędrniające masło do ciała - szału nie było. Nie wiem, kto kupuje to za cenę regularną 69zł. Phenome - niby miniaturka, niby wystarczyła na 2 użycia, ale również zachwytów nie rozumiem.
Różności. John Frieda, maska do włosów Full Repair. Są silikony, jest impreza, ale włosy były lepiej niż zwykle zdyscyplinowane, więc zużyłam nawet z przyjemnością. Mikrodermabrazja Monu była tak ostra, że skończyła jako zdzierak do stóp ;) o pudrze myjącym Make Me Bio pisałam ostatnio, jak zwykle kilka płatków the face shop do oczyszczania nosa, trochę męskich rzeczy - Axe bez zmian, Nivea Men również bez zmian. Nowy Lactacyd tyłka nie urwał, ale krzywdy nie zrobił. Batiste to muszmieć każdego miesiąca, więc zawsze jakiś w zapasie jest. Peeling Evree przyzwoity, ale z uwagi na ogrom tych produktów na rynku, prędko nie wrócę do niego.
Plus kolorówka: Podkład Dior, Diorskin Sculpt - byłby świetny, gdyby nie zmieniał koloru ;) spora (10g) odsypka pudru La Prairie - bardzo go lubię, mam w domu jeszcze opakowanie podróżne oraz miniaturka maskary Benefit They re Real - miniaturki uwielbiam, pełnej wersji nie znoszę - ot zagwozdka.
Z całego tego grona tylko te dwa produkty na pewno pojawią się u mnie ponownie - dziegciowy żel pod prysznic występuje u mnie na przemian z dziegciowym mydłem i pomimo koszmarnego zapachu zużywa się równo. Jest dla skóry delikatny, ale stanowczy. Eliminuje potówki, pomaga mi dbać o gładkie plecy, czasem używam go do mycia twarzy - zabija chyba wszystkie bakterie świata. Używam go nawet do mycia psów - mniej się drapią, wolniej przetłuszcza im się włos, a wszelkie psie aromaty są skutecznie wyeliminowane.
Dwufazowe serum do twarzy Anne Marie Borlind - cudo! Kocham je i po kolejnych nie-twarzowych eksperymentach wiem, że będę do niego wracać. Ot, kolejny kosmetyczny must have. Po szczegóły zapraszam do notki tutaj.

I to tyle. Cieszę się, bo moje kosmetyczne zapasy się uszczuplają. Pielęgnacja twarzy jest coraz prostsza, ale coraz bardziej przemyślana. Nie mam już ogromnych zapasów mazideł do ciała i bardzo pilnuję kolejnych zakupów. Staram się nie magazynować, czytać składy i dobierać produkty, które zużyję z przyjemnością od początku do końca.

A jak u Was?
Może któryś z tych produktów budzi u Was inne odczucia?

8 komentarzy:

  1. Hohoho! Jaka kolekcja! :-)

    I tytuł, co naprawdę zachęca do kliknięcia. :-)

    Ciekawi mnie to dwufazowe serum AMB. Muszę je kiedyś dorwać.

    OdpowiedzUsuń
  2. Hello I'am Chris From France!!
    You Have A Wonderful Blog Which I Consider To Be Registered In International Blog Dictionary. You Will Represent Your Country
    Please Visit The Following Link And Comment Your Blog Name
    Blog Url
    Location Of Your Country Operating In Comment Session Which Will Be Added In Your Country List
    On the right side, in the "green list", you will find all the countries and if you click them, you will find the names of blogs from that Country.
    I ask you to follow our blog! thank you
    http://world-directory-sweetmelody.blogspot.com/
    Happy Blogging
    ****************

    OdpowiedzUsuń
  3. Podzielam Twoje rozczarowanie kosmetykami La Petit - strasznie się ucieszyłam, gdy weszły do Polski, szczególnie czekałam na słynne olejki i mleczka pod prysznic, a tutaj... w dodatku ich nachalna kampania tak mi ich zohydziła, że z pewnością nie kupię ich produktów.
    Mówisz serio o They're Real? Bo ja właśnie zużywam miniaturę, która mnie zachwyciła i poważnie planuję zakup pełnowymiarowego opakowania. Chyba muszę się nad tym zastanowić.

    PS Pamiętam o P&R dla Ciebie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. i ten lektor z reklamy, który wyskakuje z radio, tv znikąd i zewsząd i atakuje, a ja od tego głosu mam ciarki i rośnie mi poziom agresji.

      Miniatury They're real miałam hmmm 4? 5? Nie jestem pewna. Pełne wymiary miałam dwa. Jeden z wymiany na wizażu, więc uznałam, że może ten egzemplarz był nieco stary. Kupiłam świeżutką w Sephorze i nadal był dramat. Miniatury: delikatny efekt, mocne wydłuzenie, piękna czerń, świetna trwałość, łatwe zmywanie, lekkie naturalne zagęszczenie. Dwie warstwy też wyglądają świetnie. Pełen format: gluci, skleja, i się kruszy. Niby wodoodporna, a od wilgoci potrafi robić pandę. zmywa się wieki. Generalnie nie mam pojęcia w czym rzecz. Mam w planach kiedyś tam kupić pełny wymiar w Anglii, bo stamtąd mam wszystkie miniatury.
      A jeśli podoba Ci się ten efekt, to spróbuj kiedyś IsaDora Extra Volume Build-up Mascara :)

      ufff ale się rozpisałam :D

      Usuń
  4. Mam to serum z AMB, ale jeszcze czeka w zapasach, na razie zużywam Dermedic, któe jest takie sobie i niewydajne, więc już się cieszę na myśl o tym Twoim dwufazowym cudzie :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Mimo wszystko zele z Biedronki lubię ;)

    OdpowiedzUsuń