niedziela, 4 maja 2014

kwietniowe denko

Jak Wasz majówkowy weekend? Ja go zbyt nie odczułam. W czwartek i piątek pracowałam, w sobotę wymarzłam i wymokłam na klubowej wystawie wyżłów (ale sama osobiście wystawiłam swojego brzydala, drugi raz w życiu :P), a dziś sprzątam.
A jak porządki to i wyrzucanie pustych opakowań.
Ostatnie denko pokazywałam pod koniec marca i sama zdziwiłam się, jak wiele udało mi się wykończyć w miesiąc.

Robienie skrupulatnych zapisków: kupione, otwarte, wykończone powoli zaczyna przynosić efekty. Odgruzowałam się z zapasów, zostało mi jedynie za dużo balsamideł do ciała, ale to raczej dlatego, że sporo z nich dostałam w prezencie/ do wypróbowania etc.
Na początek włosy.
Schwarzkopf, Essensity, Moisture Conditioner. Była w którymś GlossyBoxie. Zużyłam, ale szału nie było. Ot, przeciętniak. Nie kupiłabym i nie poleciłabym, bo przeciętniaków na rynku mamy od groma ;)
Rene Furterer, Naturia, suchy szampon. Mój absolutny ulubieniec. Lubię szampony Batiste i wygrywają dostępnością i ceną, ale Furterer ma w sobie coś, co każe mi po niego czasem sięgać. Uwielbiam też to, że po aplikacji włosy nie są zmatowione, a faktycznie lekko odświeżone i lśniące. Efekt na cały dzień.
Yves Rocher, Anti Hair Loss Shampoo. Fantastyczny szampon, o którym pisałam tutaj. Zdania nie zmieniłam, kolejną butlę zakupiłam :)
Yves Rocher, płukanka octowa. To już mój mały must have w szafce. Wiem, że niektóre z Was polecają Marion. Ja z Marion się nie polubiłam i myślę, że prędzej zrobię własną płukankę, niż odstawię YR.
Ciało.
Lirene, żel pod prysznic winogronowy. Kupiony na którejś z biedronkowych promocji. Fajny, ładny energetyczny zapach, ale żel jak żel. O ile oliwki pod prysznic Lirene kocham, tak żele to tylko fajny mile pachnący dodatek.
Axe, jak zwykle w naszym denku męskie myjaki :P zrobiliśmy niedawno wielki zapas żeli Axe, więc nieprędko pojawi się coś innego. Szymon je lubi, ja lubię ich zapach, tyle styknie ;)
Lactacyd jak zwykle. Wersja fresh, do której wracam co chwilę z podkulonym ogonem. Marzy mi się wypróbowanie żelu Coslys, ale ta wersja to jedyny intymny pewniak.
BalanceMe, super toning body wash przywiozłam od mamy z jej GlossyBoxa. Zużyłam, bo jest w porządku, ma bardzo przyjemny zapach, trochę unisex, więc w Anglii zużyliśmy go wspólnie z narzeczonym w czasie wycieczki do Birmigham. Ale wydawać kupę kasy na żel, który tylko pachnie to jednak nie ja ;)
Yves Rocher, Tradition de Hammam. Peeling marokański. Kiedyś tam już jeden zużyłam, zdanie miałam złe. Ten słoik dostałam od mamy, która kupiła balsam i peeling, balsam otworzyła i uznała, że nie jej typ zapachu, więc peelingu nawet nie ruszała. Po zużyciu tego opakowania zdanie zmieniłam o tyle, że podobał mi się zapach. Reszta dokładnie jak w sierpniu 2012 roku (heh, kiedy to było :P).
Greenland, Papaya body butter. Fajny mały nawilżacz, na który skusiłam się przy kasie w Hebe. Szymon go nie lubił, bo ma gęstą zbitą konsystencję i jest trudny w rozsmarowywaniu. Jednak działanie, zapach, bardzo przyjemne. Może, kiedy się kiedyś odgrzebię z balsamów, skuszę się na inny zapach.
Na deser olej kokosowy. Kupiłam go pod wpływem tej notki u Sroki. Nie mam chyba nic do dodania. To absolutny hit, Wprawdzie użyty na włosy, trochę je puszy, ale zneutralizowany innym olejem lub dodany do najbardziej dyfnej odżywki (o, np. schwarzkopf z nim tak współpracował), robił cuda.
Decubal, krem do rąk. Fajny, dobrze działąjący, radził sobie nawet ze złuszczającą się skórą. Niestety zapach mnie odrzucał.
Na koniec twarz.
Maseczka nawilżająca Babuszki Agafii to świetny nawilżacz. Bardzo się nią wspierałam, gdy miałam twarz przesuszoną na wiór. Dawała natychmiastową ulgę. Teraz, przy cerze ukojonej, nie daje już tak spektakularnych efektów, ale mile się zużywała.
Bioderma, Sensibio to micel, którego nie muszę chyba przedstawiać. Podchodziłam trochę jak pies do jeża (jak do wszystkiego, co jest powszechnie polecane), ale okazało się, że tym razem się nie zawiodłam. Absolutnie rozumiem zachwyty, bo to świetny micel. Ja kupiłam dwie małe butelki po 9zł każda, trzecią trafiłam później w GB, więc mam jeszcze małe zapasy. Jego wydajność jest bardzo przyzwoita. Wart swojej ceny :)
O podkładzie Oriflame pisałam ostatnio. Aktualnie zużywam drugą butelkę. Bardzo go lubię.
Na recenzję sorbetu Caudalie zapraszam do Magdy. Podpisuję się wszystkimi kończynami ;) jest cudowny!
Jak zwykle pasty do zębów (tym razem znów skusiłam się na wybielającą wersję Himalaya herbals), kilka próbek (nic specjalnego), maseczki (słabe) i płatki pod oczy anatomicals, które nie wiem, co miały robić, ale chyba ich nie zrozumiałam (różnicy przed-po nie odnotowałam poza tym, że skóra była lodowata).

No. Teraz czuję się usprawiedliwiona przed pokazaniem kwietniowych zakupów :P

13 komentarzy:

  1. Uwielbiam tę pastę wybialającą z Himalaya Herbals :)
    Dużo Ci się tego nazbierało, jestem pod wrażeniam :D
    A co do kremu Caudalie, to weź go rozetnij, w środku jeszcze kilka dni używania jest :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. kochana, caudalie już wyciorałam mocno ;) na razie mam czego używać, więc już tubkę wyrzuciłam :)
      myślisz, że to dużo? Zawsze mam wrażenie, że mało, że powinno być więcej...

      Usuń
    2. Ja mam pdoobnie, ale to chyba dlatego, że nie równoważą mi się zakupy ze zużyciami ;P

      Usuń
    3. Też tak mam, jak zaczęłam podliczać zużyte kosmety vs nowe to mi się odechciało takiej matematyki :D

      Usuń
    4. więcej samozaparcia :P

      Usuń
  2. świetne denko! też bardzo lubię suchy szampon Rene :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. no bo jest cudowny, wstyd go nie lubić :P

      Usuń
  3. Yves Rocher, Tradition de Hammam miałam balsam do ciała:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. i jak Ci się widzi? Ja jakieś mieszane uczucia mam :/

      Usuń
  4. Spore denko, niestety niczego nie miałam :)

    OdpowiedzUsuń
  5. oho, witam i od razu powiem, że me oko się raduje :) ja podobnie obłożona zapasami z Yves Rocher (ach, ta magia ich nieśmiertelnych promocji :D), więc piona! masło z Grenland miałam w wersji mango i okropnie śmierdziało moim zdaniem – jakby zmielili mango z pestką i gałęzią. Do tego ta tępa konsystencja, bleh, bardzo źle wspominam. z oliwek Lirene najbardziej kochałam fioletową, znasz ją? wycofana, za słabo się sprzedawała :( moje serce krwawi do dziś, bo pozostałe to już niestety nie to samo...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niestety fioletowej nie znam :( ale wierzę. Na konsystencję greenland narzekał mój facet, ale to on wcierał :P działanie mi odpowiadało ;)

      Usuń